niedziela, 5 lutego 2017

Opowiedz mi swoją historię

"The most erroneous stories are those we think we know best — and therefore never scrutinize or question." (Stephen Jay Gould)

Żyjemy w bardzo śmieciowych czasach. Już od lat walczymy ze śmieciowym jedzeniem (dużo kalorii, mało składników odżywczych). Wraz z nastaniem Internetu borykamy się z zalewem śmieciowej informacji (dużo bitów, mało użytecznej informacji). Ostatnio psychologowie biją na alarm w sprawie epidemii śmieciowych emocji (dużo hormonów stresu z błahych życiowo powodów). Tracimy czas na śmieciowe relacje interpersonalne (intensywne kontakty bez głębszej więzi). Przykłady można by mnożyć. W ogóle żyjemy śmieciowym życiem, które przecieka nam przez palce jak ciepła woda w kranie. Za to, podobno, coś drgnęło w temacie śmieciowych umów (dużo pracy za małe pieniądze).

Ze śmieciowością mamy do czynienia zarówno wtedy, gdy coś występuje w nadmiarze bez głębszego sensu, bez celu, nie dając korzyści (wariant 1 - nadmiar), ale również wtedy, gdy z nadmiaru źle pojętej oszczędności, efektywności, poprawności politycznej lub z innego powodu czegoś nie ma, a być powinno i wtedy to co jest, ale bez tego, co być powinno, staje się bez sensu, bez celu, niepotrzebne, bezwartościowe, czyli śmieciowe (wariant 2 - brak). O ile pierwszy wariant śmieciowości wydaje się w miarę zrozumiały, to ilustracją tego drugiego niech posłuży rysunkowa anegdotka, którą widziałem dawno temu w jednym z czasopism (ale gdzie nie pamiętam i z góry przepraszam autora za cytat bez podania źródła), a którą postaram się zwięźle opowiedzieć. Wyobraźmy sobie , że…..

Po autostradzie mknie auto. Wzdłuż autostrady, co kilkaset metrów, ustawione są kolejno bannery promujące zdrowy tryb życia następującej treści:

„Pij kawę bez kofeiny !”

„Pij piwo bez alkoholu!”

„Pal papierosy bez nikotyny !”

„Uprawiaj seks bez orgazmu !”


O czym to ja chciałem ……Ok. Już mam.

Chcę dorzucić pod rozwagę kolejne śmieciowe zjawisko: śmieciową komunikację - sytuację , w której dużo do siebie mówimy, ale niewiele z tego wynika.

( …co powoduje dużo śmieciowych emocji, które leczymy kompulsywnym obżeraniem się śmieciowym jedzeniem, gapiąc się w ekran ociekający śmieciową informacją, którą płodzą ludzie zatrudniani na śmieciowych umowach, pozostający w śmieciowych relacjach z kolegami z pracy, z którymi komunikują się śmieciowo.... go to [co powoduje].)

Rodzi się pytanie: Co leży u podstaw tego zjawiska, że pomimo oszałamiającego rozwoju teorii i technologii komunikacyjnych nadal mamy problem z osiąganiem porozumienia w wielu sprawach wcale nie mniejszy niż budowniczowie wieży Babel?




Czy my źle mówimy, czy my źle słuchamy?


Jako że nie chcę kraść przedstawienia koleżankom bloggerkom i kolegom bloggerom z branży inżynierii dusz i umysłów, skupię się na tym, o czym co-nieco wiem, czyli na sobie i otaczającym mnie światku IT, a w szczególności na analizie, którą ostatnio dość intensywnie uprawiam.

Tak przy okazji a propos światka IT i komunikacji. Jestem pod wrażeniem serialu „Dolina Krzemowa”, który ostatnio łapczywie łyknąłem w całości (3 sezony) za jednym posiedzeniem. Pozycja obowiązkowa dla każdego IT-ludka i nie tylko. Po tym serialu z pewnością pojawi się kilka doktoratów z psychologii, psychiatrii, socjologii i zarządzania, paru konsultantów straci pracę, dziesiątki poradników typu „jak zostać miliarderem w weekend” trzeba będzie przepisać, no i p…dyliard (by pozostać w poetyce serialu) powerpoitów przerysować.

Ale płyńmy ku „śmieciowej komunikacji”.

W poszukiwaniu diagnozy erupcji zjawiska śmieciowej komunikacji w naszej branży ( i nie tylko), niniejszym stawiam hipotezę, że

stopniowo tracimy jedną z podstawowych umiejętności odróżniających człowieka rozumnego od innych gatunków – umiejętność opowiadania historii.

Fachowiec od komunikacji stwierdziłby, że tracimy kompetencje narracyjne. Aktualnie człowiek jest (chyba, jeśli jestem w błędzie proszę o korektę) jedynym przedstawicielem świata ożywionego, który ma taką zdolność. Inne gatunki emitują i odbierają różne sygnały: dźwiękowe, wizualne, chemiczne, elektryczne, magnetyczne - kto wie, może i grawitacyjne, i telepatyczne oraz tysiące innych, o których nawet fizjolodzy nie śnią - ale nie robią jednego - NIE TWORZĄ NARRACJI.

Jedynie My, Ludzie (brzmi dumnie, prawda?) umiemy budować wypowiedź, nie koniecznie werbalną, która ma początek, środek i nierzadko okraszony puentą koniec ( to nic, że często podawane w niewłaściwej kolejności), oraz wątek, który spina przekaz w całość i nadaje mu sens, choć bywa, że ukryty zbyt głęboko. Snucie opowieści to pierwotny, wrodzony i naturalny sposób komunikowania się homo sapiens. Jesteśmy ewolucyjnie zaprogramowani do słuchania i opowiadania historyjek.

My, Ludzie Analizy i Syntezy (też brzmi dumnie, prawda?), z zapałem godnym lepszej sprawy usiłujemy jednak tej umiejętności się pozbawić, a komunikację narracyjną wyprzeć i zastąpić na siłę dyskursem (łac. discursus – bieganie wte i wewte) podbitym erystyką w wersji hard, lub stonowanym podejściem negocjacyjnym w wersji soft.

Wielu speców od komunikacji twierdzi, że tak jest dobrze i tak ma być, bo komunikacja ma być zwięzła i efektywna, a nie przegadana, bo z tym powszechnie kojarzy się komunikacja narracyjna. Opacznie rozumiany wymóg efektywności (sprowadzony do bezmyślnej oszczędności czasu) powoduje, że nie interesują nas opowieści drugiej strony, a komunikujemy się tylko dlatego, bo jest to potrzebne do załatwienia naszej sprawy (pamiętamy "Bo nie ważne, czyje co je. Ważne to je, co je moje!"). Druga strona oczywiście rozumuje dokładnie tak samo. Tym sposobem szanse na porozumienie drastycznie maleją, a cel komunikacji znika gdzieś na horyzoncie. Przypomina to wypicie dzbanka kawy bez kofeiny, wypicie skrzynki piwa bezalkoholowego, wypalenie paczki fajek beznikotynowych albo …. no wiecie co mam na myśli.

Dzisiaj osoby uprawiające techniki narracyjne powszechnie uważane są za gadatliwych cudaków i w najlepszym razie tolerowane jak niegroźna mniejszość. BTW. Czy wiecie skąd bierze się nadmierna gadatliwość? Z prawa zachowania informacji, które jest pochodne prawa zachowania energii. Każdy system przyjmujący informację musi coś z nią zrobić. Jej nadmiar musi zostać wydalony. Osoby, które z racji zainteresowań i/lub uprawianego zawodu chłoną (nie mylić z gapieniem się w ekran) dużo informacji, czasem wiedzy, po jej przetworzeniu mają tendencję do dzielenia się nadwyżkami i dlatego są postrzegane jako nadmiernie gadatliwe. Ciągłe pobieranie, przetwarzanie i ograniczenie wydalania informacji prowadzi do napięć i lekko podnosi adrenalinę. Dlatego wielu gadułów sprawia wrażenia pobudzonych, co dodatkowo intryguje. Ważne by słuchacza nie przerazić nadmiernym machaniem rękami (w przenośni). Wiem coś o tym. Każdy zawodowy storyteller (nie mylić z oratorem) wie, że nie opowiadanie porywa słuchacza, a zachowanie opowiadacza. Vide telezakupy. Proszę zatem okazać trochę zrozumienia w kontaktach z gadatliwymi, gdyż aby mieć co wydalać, muszą uprzednio sporo wchłonąć, niekiedy ciekawych treści. Za odrobinę cierpliwości może słuchacza czekać nagroda w postaci pasjonującej opowiastki.

Podobno gadatliwość jest uleczalna, a kuracja nie jest droga, choć trwa kilka lat. Trzeba poddać się jakiemuś zinstytucjonalizowanemu systemowi edukacji. Gdy pacjent już zupełnie nie ma nic do powiedzenia, niepokojące objawy znikają, choć pozostają pewne skutki uboczne. Ja już jestem za stary i w zbyt zaawansowanym stadium choroby, ale dla młodszych jest jeszcze nadzieja.

Chyba znowu mam rzut choroby...

Komunikacja narracyjna , czyli opowiadanie sobie historyjek, w których zawarty jest ethos (wartości), logos (fakty) i pathos (emocje) według niektórych jest najefektywniejszym sposobem przekazywania obszernych i złożonych treści, jak również motywowania, co ostatnio znajduje szerokie zastosowanie w marketingu. Podobno bardziej skłaniają nas do odczuwania akceptacji lub awersji zasłyszane opowieści niźli najlepsza nawet argumentacja dyskursywna. Wszystko zależy od formy, techniki przekazu i przede wszystkim jakości konstrukcji opowiadania, analityk powiedział by architektury (cokolwiek to znaczy). Niekiedy poprzez krótką, zgrabnie skomponowaną historykę na pół strony lub 30 sek. emisji, można przekazać znacznie więcej motywujących treści niż mieści się w przepisowej wielkości powerpointcie (20-30 slajdów) z najlepszą profesjonalną infografiką. W czym tkwi sekret? W narracji.


Jako przykład niech posłużą bajki. Często są one niezbyt rozbudowanymi opowieściami, a jednocześnie jakże głębokimi w swej wymowie traktatami filozoficznymi. A czymże są dowcipy, z których każdy (mam na myśli te dobre) jest co najmniej traktacikiem? Dobrze skonstruowany kawał zawsze jest historią. Na przykład: „Przychodzi Baba do Lekarza”. Toż to ustawiający pathos za pomocą kilku słów początek pasjonującej opowieści, której zakończenie każdy zechce wysłuchać, by poznać jej ethos i logos. Czy zwięzły exel lub slajd stworzy podobne napięcie? Wątpię. Chyba, że z Babą skąpo odzianą.

Oczywiście nie postuluję , by na przykład opis procesów biznesowych fabryki ładowarki akumulatorowej, którą ostatnio nabyłem (ładowarkę, nie fabrykę), zaczynał się od słów: „Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, w odległej fabryce ładowarek…” ale coś w tym stylu miło było by np. obejrzeć. Przecież można przesłać link do filmiku z panoramą fabryki, z przebitką na linię montażową oraz miłymi pracownikami w roli głównej, którzy tłumaczą i pokazują na czym polega problem. Exele można dosłać e-mailem. Po takim przekazie moje zrozumienie problemu od razu skoczy do 15. w 10. punktowej skali.

Poprzez opaczne rozumienie zwięzłości w imię oszczędności i ślepe dążenie do ekstremalnej lakoniczności, bo tak uczą na „kursach”, redukujemy nasz przekaz do poziomu komunikacji „sygnałowej”, opartej o wymianę małych (bo zwięzłych) porcji treści zwanych potocznie komunikatami. Dzisiaj już tylko „komunikujemy się”, czyli wymieniamy komunikaty ( a raczej szturchamy się wzajemnie bodźcami informacyjnymi). Emitent komunikatu nie wprowadza nas w swój ethos i logos przy pomocy pathos. Serwuje komunikat (szturcha) i oczekuje na reakcję drugiej strony. Odbiorca (szturchnięty) odbierane komunikaty interpretuje na podstawie aktualnie posiadanych wyobrażeń, czyli sumy wyznawanych wartości (ethos), rozumienia zagadnienia (logos) oraz emocjonalnego stosunku (pathos) do przedmiotu komunikacji, by następnie zareagować komunikatem zwrotnym, który z kolei jest odbierany i interpretowany przez interlokutora na miarę jego wyobrażeń. W rzeczywistości odbiorca nie reaguje na treść komunikatu, a na subiektywne wyobrażenie o niej. Czy adekwatnie, zależy właśnie od stanu jego wyobrażeń, czyli tego co kiedyś zaległo w jego umyśle. Jako że strony często mają różne i nieaktualne wyobrażenia (bo wykształcone w przeszłości), rzadko dochodzi do porozumienia od razu. By je osiągnąć musi najpierw dojść do uwspólnienia wyobrażeń, a to trwa i nie daje gwarancji powodzenia. A miało być tak efektywnie i oszczędnie. 






Co dzieje się , gdy u stron wyobrażeń nie staje (zjawisko nader częste) lub są one marnej jakości? Wtedy, odebrawszy komunikat, stawiamy klasyczne pytanie z serii „Co poeta chciał w wierszu powiedzieć?” ( lub - w wersji popularnej - jak w znanym szlagierze Smokie o tajemniczej Alice.)

Skąd zatem biorą się wyobrażenia? Ano właśnie z wcześniej przeżytych, obejrzanych, zasłyszanych lub przeczytanych opowieści. My nie zapamiętujemy bodźców i adekwatnych reakcji. My pamiętamy historie, czyli kontekst, w którym te bodźce i reakcje wystąpiły, a które to opowieści, przeżyte osobiście lub tylko zasłyszane/obejrzane/przeczytane, stały się integralną częścią naszego życiowego doświadczenia. Doświadczenia życiowego nie można nabyć drogą przyjęcia czegoś do wiadomości w procesie dyskursu. To trzeba przeżyć, wystarczy w wyobrażni,   w trakcie odbioru historii. Dzięki temu umiemy prawidłowo zareagować w sytuacjach, których jeszcze nie doświadczyliśmy, ale które występują w już znanym nam kontekście. To pozwala rozumieć przyszłość, bez konieczności zaglądania w przyszłość, co jak wiemy i tak jest niemożliwe. 





Dlatego tak ważnym jest , aby ustawicznie chłonąć nowe opowieści, które aktualizują nasze wyobrażenia. Po to uczymy się.

Życie jednak nie tylko składa się ze słuchania opowieści. Od czasu do czasu trzeba opowiedzieć jakąś historię. No i mamy problem. Aby móc tworzyć przekaz narracyjny również trzeba mieć jakieś wyobrażenia. Po to babcie opowiadają nam bajki, po to czytamy książki, po to w szkole piszemy wypracowania. Niestety, to, co kiedyś z mozołem rozwijała rodzina i szkoła, dzisiaj rujnują tzw. media zalewając nas tsunami „zwięzłego” przekazu. Resztę skutecznie walcuje „śmieciowa komunikacja” w pracy.

No dobrze, zapytacie, ale po co to halo z tą komunikacją narracyjną i jaki ma związek z naszym biznesem?

Po pierwsze halo, komunikacja narracyjna zostaje wypierana z naszej praktyki, a jak wiadomo nieużywana umiejętność z czasem zanika.

Po drugie halo, dominuje komunikacja oparta na wymianie komunikatów, co powoduje szereg efektów ubocznych, między innymi dlatego, że jest bardzo trudno osiągnąć jej wysoką efektywność. Aby komunikat był zwięzły, treściwy i od razu powodował pozytywny odbiór, jego autor powinien mieć iskrę bożą lub bardzo wysokie kwalifikacje. Jako że najczęściej nie mamy ani jednego ani drugiego, więc nasze komunikaty są takie sobie i przekazują mało pogłębione treści. Oczywiście wątły przekaz wywołuje u odbiorcy lekką irytację, bo nie lubimy czegoś nie rozumieć, oraz natychmiastowy komunikat zwrotny z żądaniem doprecyzowania tego poprzedniego, a że i ten ostatni też nie jest doskonały, zaczyna się komunikatowy wielo iteracyjny ping-pong w atmosferze „podwyższonego ciśnienia”, w której o porozumienie coraz trudniej, gdyż nie lubimy również, gdy inni nas nie rozumieją (jakie to polskie). Czyż nie tak wygląda większość naszych dyskusji?

Po trzecie halo, gdy komunikujemy się z biznesem głównie poprzez wymianę komunikatów, musimy, by coś zrozumieć, „dowyobrazić” sobie to, czego nie dostajemy w przekazie, czyli kontekst w którym te komunikaty mają sens i łącznie tworzą tzw. epic. Epic nie jest, jak większość potocznie sądzi, zbiorem „user stories” (tak jak system nie jest prostą sumą swoich elementów). Epic to opowieść, w której „user stories” są TYLKO EPIZODAMI osadzonymi w kontekście. Analitycy - trochę z lenistwa, trochę z niewiedzy – preferując zwięzłość nie nalegają, by biznes opowiadał cały epic, a i biznes do tego się nie pali. Analitycy ograniczają się więc do elicytacji tego co dają. Jako że ludzie biznesu pochodzą z biznesu, a analitycy najczęściej z IT, patrząc na to samo widzą różne rzeczy, gdyż analitycy postrzegają i rozumieją problemy biznesowe na miarę swych wyobrażeń, a nie wiedzy, którą biznes nie dzieli się obficie, bo to wymaga opowiadania historii, czasami długich, a dla biznesu czas to pieniądz. Biznes przekazuje zatem tylko komunikaty, a wyobrażenia, jak już wiemy, buduje się w trakcie słuchania historii, a tego właśnie unikamy. Formalnie strony komunikują się, ale nie ma pewności, że na ten sam temat. Bez dodatkowych niekończących się uściśleń, tłumaczeń, rozwiewania wątpliwości i feedbacków ani rusz. Podobny problem występuje na styku analiza-development. Wtedy 15. minutowy standup przenosi się do kuchni na godzinną kawę ( a miało być oszczędniej). Programiści zaczynają kodować kolejne „stories” podrzucane przez analizę, które są „stories” tylko nazwy, nie rozumiejąc, jaki problem biznesowy rozwiązują. Stąd te huśtawki. Powołanie analityka z biznesu też nie rozwiązuje problemu, bo w końcu i ten trafi przed oblicze speca z IT, a że ich wyobrażenie o IT trochę się różnią, wracamy do punktu wyjścia.

Po czwarte, komunikacja w biznesie ma za zadanie nie tylko wymianę informacji pomiędzy interesariuszami, ale również jej wytworzenie i utrwalenie w postaci wiedzy i know-how, a zatem korporacyjnego aktywa. Wymóg zwięzłości w przekazie „sygnałowym” powoduje stan, w którym komunikat jest tylko skrótem lub etykietą jakiejś większej porcji cennej informacji, która często pozostaje tylko w głowie jej autora. Ileż to widzieliśmy powerpoitów, diagramów i modeli, których bez komentarza autora nie sposób ogarnąć. Czasami rysowanie trwa parę minut, a wyjaśnianie godzinę (a miało być oszczędniej). Poza tym, ta nieutrwalona, pozostająca w głowie część wiedzy znika z firmy wraz z odejściem „głowy” z pracy, a jako zapłacona przez firmę, teoretycznie należy przecież do niej. Ot, mamy problem.

A wystarczyłoby poprosić „Opowiedz mi swoją historię…” i wykazać trochę cierpliwości by jej wysłuchać. A wtedy pojawia się magia. Uruchamia się nasza wyobraźnia. Wchodzimy w fabułę. Zaczynamy rozumieć co, po co i dlaczego. Utożsamiamy się z bohaterami akcji. Ich emocje i motywacje stają się naszymi. Nabieramy pozytywnego stosunku do autora opowieści. Rodzi się więź ……A potem wszystko to skrzętnie opisujemy.

Tak właśnie wyobrażam sobie prawidłowo prowadzoną analizę biznesową.

Zapamiętajmy schemat ethos-logos-pathos

  • Ethos opisuje obowiązujące w danej kwestii pryncypia/wartości (np. korporacyjne, biznesowe).
  • Logos to opis zasad konstrukcji i działania problemu (np. biznesowy model organizacji, mapa procesów, architektura systemu itp.).
  • Pathos to opis "emocjonalnego" stosunku do danej kwestii (np. priorytety wymagań wg.modelu Kano).
Czy zatem nie prościej, szybciej, taniej i uczciwiej od razu opisać zagadnienie składnie i treściwie, poprawnym i zrozumiałym dla wszystkich językiem, wzbogacić ewentualnie grafiką, rozesłać, zebrać uwagi i spotkać się w celu omówienia tychże uwag ? Czy nie prościej, szybciej i bardziej po ludzku uzbroić się w cierpliwość, okazać autorowi szacunek i dać mu szansę opowiedzenia jego historii od początku do końca? Po co go stresować limitem czasu wypowiedzi? To nic, że na etapie przygotowania i odbioru przekazu narracyjnego zużyjemy trochę więcej czasu. Zaoszczędzimy go za to znacznie więcej później, na etapie wykorzystania treści.

Powyższym wywodem wcale nie nawołuję do pisania biznesowej beletrystyki w wordzie. Dysponujemy już dzisiaj językami i narzędziami modelowania, przy pomocy których w ramach jednego modelu można precyzyjnie opisać ethos, logos i pathos, nawet na jednym diagramie, jak ktoś się uprze. Przeciez to klasyczne podejcie architektoniczne z BABoK, TOGAF i kilku innych metodyk.

Ok, ale jak ma się do tego agile? No właśnie.

Byłoby nie fair potępiać w czambuł i nawoływać do wypalania gorącym żelazem wszelkich aktów komunikacji „sygnałowej” jako słusznie niesłusznej. Są przypadki w których sprawdza się ona znakomicie. Na przykład, gdy uczestnicy komunikacji na wstępie wypracują podejściem narracyjnym wspólną bazę wyobrażeń (czytaj wiedzy lub ethos-logos-pathos) na zadany temat, by później wymieniać same komunikaty, celem których jest już tylko doprecyzowanie lub korekta uzgodnień poczynionych wcześniej. Cały kontekst zagadnienia jest znany i stabilny. Zmianie ulegają drobne, niekrytyczne elementy. Jest to sytuacja analogiczna do budowy „platformy” i „pluginów”, w której podejście „zwinne” komplementarnie uzupełnia podejście „kaskadowe” (patrz post "Zwinne, ale co?")

Pielęgnujmy zatem sztukę komunikacji narracyjnej, a szerzej, kompetencje narracyjne.

Dodatkową, uboczną korzyścią z wytwarzania artefaktów w komunikacji narracyjnej jest możliwość przetestowania fabuły.

Zawsze możemy potraktować business process jak historię, opisać w postaci działającego modelu i zapuścić symulację. Dowiemy się, czy historia spina się end-to-end, czy się pętli, jakie są opóźnienia, wąskie gardła, jaka jest utylizacja zasobów, po jakim czasie historia zakończy się i z jakim rezultatem. No i najważniejsze, możemy opracowywać różne warianty tej samej opowieści, by wybrać ten najlepszy. Czy można poddać symulacji listę wymagań albo backlog „user stories”?

Gdyby tak zamiast klecić harmonogramy, liczyć PERTy i malować gantty potraktować projekt jak epicki film ( np. horror lub czarną komedię), zamodelować jego scenariusz i wcisnąć „play”. Może od razu dowiemy się, że nie ma prawa zakończyć się w terminie i budżecie przy zadanym zakresie i dostępnej obsadzie, oraz co musi się wydarzyć, by film zakończył się happy endem? Ile kasy można zaoszczędzić.

Gdyby tak opracowanie analizy i wytwarzanie oprogramowania potraktować jako never-ending-story, w wyniku której powstaje jakiś produkt i zamiast szacować jego pracochłonność przy pomocy jakiegoś dziwacznego wzoru, zasymulować tę historię i zobaczyć ile trwa, i dlaczego tak długo? Ile kasy można zaoszczędzić.

Myślenie i działanie narracyjne może okazać się bardziej efektywne, niż wygląda to na pierwszy rzut oka. Wiele kasy można zaoszczędzić.

Last but not least, komunikacja narracyjna buduje więzi i porozumienie, cementuje społeczność. Akt wspólnej budowy opowiadania umożliwia wykreowania wspólnego oglądu sytuacji oraz wzajemną inspirację. Wszyscy rozumieją to samo i tak samo. Dobrą ilustracją potęgi grupowej narracji jest jedna z kultowych scen wspomnianego już serialu, w której team geeków opracowuje teoretyczne założenia przełomowego algorytm bezstratnej kompresji. Uwaga! Scena raczej dla widzów dorosłych z w miarę rozwiniętym poczuciem humoru… i nie próbujcie „tego” robić w domu (przynajmniej przy dzieciach).

Wasz ,

M.





Diagramy zamieszczone w niniejszym tekście zostały wykonane przy użyciu notacji ArchiMate®.
ArchiMate® jest znakiem zastrzeżonym The Open Group.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz